To było piękne popołudnie. Aż ciężko uwierzyć, że po tak zimnej, a momentami śnieżnej sobocie pogoda podczas naszej drużynowej Wielkanocy aż tak dopisała. Piękne słońce było jednak tylko dopełnieniem naszego świątecznego spotkania. Tegoroczna Wielkanoc była na swój sposób wyjątkowa, bo postanowiliśmy ją połączyć z odbywającymi się zawsze wiosną Harcerskimi Mistrzostwami Kulinarnymi. A mistrzostwa rozegrane zostały oczywiście w odpowiedniej tematyce… każdy z zastępów musiał przygotować „świąteczny żur”.
35 osób, 5 zastępów, 90 minut czasu operacyjnego i 1 zadanie … przygotować jak najlepszy „świąteczny żur”. Każdy zastęp miał swój przepis, własne składniki i indywidualną koncepcję dojścia do sukcesu. Wyniki po tych dziewięćdziesięciu minutach ważenia żurków w harcerskich kociołkach, były dla oceniających Mammutów bardzo zaskakujące! Najlepszy żur ugotowały i zdobyły Złotą Menachę naszych Harcerskich Mistrzostw Kulinarnych dziewczyny z Zastępu II „Orły”. Tuż za nimi (przegrywając naprawdę minimalnie, dosłownie o włos) uplasowali się chłopcy z Zastępu V Niedźwiedzie, za co należą im się słowa uznania. Trzecie miejsce na najniższym stopniu podium przypadło chłopakom z Zastepu III Żbiki. Dalej znalazły się dziewczyny z Zastępu I Lisy i wędrownicy z Zastępu VII Żubry (lekkie rozczarowanie). Pozytywne jest to, że wszystkie żurki były naprawdę jadalne (co nie zawsze jest takie oczywiste), a w przypadku pierwszych trzech miejsc, oceniający mieli bardzo ciężki wybór i decydowały absolutnie niuanse. Po wybornym posiłku, przyszedł czas na tradycję. Drużynowy złożył nam wszystkim życzenia świąteczne, a następnie podzieliliśmy się jajkiem. Wraz z zachodzący słońce zamaskowaliśmy ślady naszej bytności, zebraliśmy ekwipunek i rozpoczęliśmy odwrót do domów.
Generał „ZO”. Jedyna kobieta wśród 316 cichociemnych…
Elżbieta Zawacka ka ps. „Zo” to postać absolutnie niezwykła i wyjątkowa w swoim rodzaju. Przełamywała bariery, na wielu polach przecierała kobietom szlaki, już za życia stała się legendą. A życie miała długie i barwne, choć oczywiście niezwykle trudne. Urodziła się 19 marca 1909 roku w polskiej rodzinie w Toruniu, który należał w tym czasie do zaboru pruskiego. Elżbieta Zawacka choć przez długi czas nie umiała się nawet po polsku przedstawić i policzyć do dziesięciu była zawsze Polką. Jej dziadek, Karol, gdy został zmobilizowany by walczyć w wojnie francusko-pruskiej, stawał niemal na głowie by jak najdłużej odwlekać wyjazd do Berlina. Zanim tam dotarł, wojna się skończyła. Jej najstarszy żyjący brat Alfons walczył w powstaniu wielkopolskim, a później został oficerem wojska polskiego. Słabe zrozumienie języka od najmłodszych la tnie przeszkadzało jej w jednoznacznym określeniu swojej narodowości. Elżbieta Zawadzka zmarła w swoim rodzinnym mieście 10 stycznia 2019 roku, dożywając niemal 100 lat (pochowana na Cmentarzu św. Jerzego w Toruniu).
Od wczesnej młodości wykazywała zainteresowanie wojskowością. Zamiast realizować je w typowy dla panienek tamtych czasów sposób, sama wolała założyć mundur i biegać po poligonie – już na studiach (również “męskich”, bo wybrała matematykę) związała się Organizacją Przysposobienia Kobiet do Obrony Kraju, a później, pracując jako nauczycielka, szkoliła młodsze koleżanki. Wykazała się chyba dużą intuicją i zrozumieniem czasów w których żyła, bo gdy we wrześniu 1939 nastąpił wybuch II Wojny Światowej, Ona jak mało która kobieta była gotowa do działania. Podczas kampanii wrześniowej brała udział w walkach w batalionie kobiecym w obronie Lwowa. Niedługo później, bo w październiku 1939 r. wstąpiła do konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polsce (późniejsze ZWZ-AK). Gdy trafiła do konspiracji, przyjęła swój pierwszy konspiracyjny pseudonim – „Zelma”. Początkowo działała na Górnym Śląsku, lecz wezwana do Warszawy dostała przydział do Wydziału Łączności Zagranicznej KG AK. Kursowała między Warszawą a Berlinem, przewożąc tajną pocztę. Spełnianie obowiązków kuriera wiązało się z ogromnym ryzykiem – nie chodziło jedynie o konieczność nielegalnego podróżowania i przekraczania granicy, ale również niebezpieczeństwo związane z tym, co mogłoby się stać w razie zdemaskowania i ujęcia przez Niemców. Kurierzy byli najlepiej poinformowanymi członkami państwa podziemnego, dlatego też byli głównymi celami okupanta, dzięki którym mogliby rozpracować dużą część podziemnej struktury. Zo miała pewną zaletę, która pozwoliła jej nieraz grać Niemcom na nosie – będąc niebieskooką blondynką mówiącą perfekcyjnie po niemiecku, podróżowała wagonami przeznaczonymi tylko dla Niemców. W ten sposób przekroczyła granicę III Rzeszy ponad 100 razy – za granicę wywoziła informacje, a wracała z walizkami pełnymi dolarów. Blond kamuflaż i nienaganny niemiecki nie zawsze jednak pomagały – któregoś razu „Zo” spostrzegła, że ma „na ogonie” kilku tajniaków, których mimo usilnych prób za nic nie mogła zgubić. Nie pomagało wskakiwanie na ostatnią chwilę do tramwaju ani zmiana odzieży w bramach. W tej sytuacji zdecydowała się na ostateczność – wsiadła do pociągu, a następnie wyskoczyła na trasie z pędzącej maszyny, gubiąc pościg. Poraniona dotarła do najbliższego miasta, którym okazał się Żyrardów. Gdzieś w okolicy obecnego Stawu Świętego Jana udało jej się zmyć z siebie ślady krwi, a następnie dobić targu z napotkaną wiejską babą, która zmierzała na żyrardowski targ. Za pierścionek zdjęty z palca odkupiła wiejską chustę na głowę, oraz stare znoszone ubrania… które jako przebranie pomogły jej w dotarciu do Warszawy.
W lutym 1943 r. odbyła trasę z Warszawy do Londynu (przez Niemcy, Francję, Hiszpanię i Gibraltar). Tam jako jedyna z 15 kobiet pomyślnie przeszła trening “cichociemnych” i zdecydowała się na skok ze spadochronem, co było dużym szokiem dla ćwiczących z Nią panów. Z Londynu powróciła w nocy z 9 na 10 września 1943 zrzucona ze spadochronem w ramach akcji „Neon 4″ na placówkę „Solnica” w okolicy majątku Osowiec – obecnie Adamów Wieś koło Grodziska Mazowieckiego. Słynny Jan Nowak-Jeziorański mówił o Niej tak: „Nawet w konspiracji, gdzie panuje anonimowość, „Zo” stała się postacią legendarną. (…) straciła rodzinę. Uchodziła za człowieka ostrego i wymagającego od innych, ale najbardziej od samej siebie. Jej oddanie służbie graniczyło z fanatyzmem. (…) Średniego wzrostu, blondynka o niebieskich oczach miała w sobie coś męskiego. Była surowa, poważna, trochę szorstka i bardzo rzeczowa. W czasie rozmowy ani razu nie uśmiechnęła się, nie padło ani jedno słowo natury bardziej osobistej, nic co nie wiązało się ze służbowym tematem. „Zo” nie miała na to czasu. Dopiero na pożegnanie poczułem ciepły, mocny uścisk dłoni i usłyszałem lekkie westchnienie: Daj Boże, żebyście dotarli.” W marcu 1944, gdy „Zo” zagroziło aresztowanie, wycofano ją z działalności kurierskiej i przeniesiono do służby w dowództwie Wojskowej Służby Kobiet (WSK). Działając w WSK, brała udział w Powstaniu Warszawskim, a po kapitulacji przedostała się do Krakowa, gdzie odbudowywała zerwaną łączność ze Sztabem Naczelnego Wodza.
Zdemobilizowana w lutym 1945 dalej pracowała w konspiracji: najpierw w Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj, następnie w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Z działalności antykomunistycznej zrezygnowała w 1946, podejmując pracę w Państwowym Urzędzie Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego przy Ministerstwie Obrony Narodowej, z której – ze względów politycznych – musiała zrezygnować w 1948. Po wojnie próbowała wrócić do pracy w oświacie, jednak jak wielu innych żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego została aresztowana przez UB, które zafundowało jej „atrakcje” w postaci przymusowego siedzenia na nodze od stołka. Na podstawie fałszywych oskarżeń (szpiegostwo) skazano ją na 10 lat więzienia, ale w 1955 objęła ją amnestia. Wróciła do pracy w szkolnictwie, ucząc w szkołach w Sierpcu i Toruniu, nie zaniedbując jednak samodzielnej nauki. W 1965 na UMK w Toruniu obroniła doktorat (promotor: prof. Ludwik Bandura) i podjęła pracę na stanowisku adiunkta Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku (od 1972 Uniwersytet Gdański). W 1973 w Wykowie (obecnie: Uniwersytet Pedagogiczny) uzyskała tytuł doktora habilitowanego. Nie mając szans na utworzenie własnego zakładu andragogiki w Gdańsku (o czym marzyła), w 1975 przyjęła propozycję UMK stworzenia nowo powstającym Instytucie Pedagogiki i Psychologii. W 1976 wyjechała w celach naukowych do Londynu, po powrocie spotkały ją liczne szykany i represje tak ze strony SB, jak i władz Instytutu, w którym pracowała. Przeszłą dwa zawały serca oraz długą rekonwalescencję, a w 1978 została zmuszona do odejścia na emeryturę. Jeszcze w latach sześćdziesiątych Elżbieta Zawacka zajęła się gromadzeniem materiałów historycznych, dokumentujących działalność Armii Krajowej w czasie wojny (w szczególności kobiet) i do samej śmierci w 2009 roku nad tym pracowała.
Jak światłym była człowiekiem, niech świadczy fakt, że będąc już w bardzo zaawansowanym wieku ukończyła kurs obsługi komputera, aby usprawnić swoją pracę i iść z duchem czasu. Bardzo denerwowały ją inne kombatantki niepotrafiące obsługiwać komputerów i internetu, bo bardzo utrudniało jej to pracę. 3 maja 2006 na wniosek warszawskich środowisk kombatanckich Prezydent RP Lech Kaczyński awansował ją do stopnia generała brygady. Została wówczas drugą po Marii Wittek kobietą generałem w historii Wojska Polskiego. Profesor Elżbieta Zawacka została dwukrotnie odznaczona Orderem Wojennym Virtuti Militari V klasy i pięciokrotnie Krzyżem Walecznych, w 1995 prezydent Lech Wałęsa odznaczył ją Orderem Orła Białego. W 2002 otrzymała Nagrodę „Kustosz Pamięci Narodowej” z rąk Prezesa IPN prof. Leona Kieresa.
Ta niedziela była trochę inna niż zwykle. Mammuty ze względu na wyjazd do Łodzi na festiwal Yapa wracały dopiero w godzinach popołudniowych, dlatego też i zbiórkę drużyny musieliśmy przenieść ze standardowej 10:30 na 16:00. Tydzień wcześniej na radzie drużyny ustaliliśmy sobie, że pomysł na tą zbiórkę będzie tak samo prosty, jak i rewelacyjny. Tak! Grill drużyny to jest to J Na kilka dni przed zbiórką zaczęła nas trochę niepokoić pogoda… bo o ile deszcz tylko utrudni przeprowadzenie zbiórki i ew. odbierze przyjemność z grillowania, to perspektywa odlatujących kiełbasek wraz z huraganowym wiatrem trochę nas przerażała.
Pogoda jednak okazała się łaskawa J Tak naprawdę deszcz przyśpieszył nasze ruchy kiedy zbiórka właściwie dobiegła już końca, wcześniej mogliśmy sobie grillować we w miarę komfortowych warunkach. Zastęp III Żbiki przygotował ognisko i paliwo niezbędne do jego zasilenia, czyli chrust. Chmura z Wallsonem zorganizowali ogromny ruszt, na którym ułożyliśmy nasze grillowe smakołyki. Były klasyczne kiełbaski, kaszanka, czy ziemniaczki… ale również szaszłyki drobiowe, czy piękne kawałki marynowanej karkówki. Zbiórka była okazją do zjedzenia czegoś dobrego, oraz zacieśnienia więzi w zastępach, oraz pomiędzy zastępami. Dzięki takim zbiórkom możemy być jeszcze lepiej zgraną ekipą, paczką dobrych przyjaciół. Po zakończonej konsumpcji posiedzieliśmy sobie jeszcze przy ogniu, snuliśmy plany na najbliższe tygodnie i śpiewaliśmy piosenki grane przez Chmurę. Za tydzień znów zobaczymy się w Korytowie… tym razem zrobimy coś pożytecznego, a na dodatek spróbujemy nie zgubić się z busolą w lesie.
Wczorajszą zbiórką rozpoczęliśmy sezon wiosennych zbiórek drużyny, organizowane przez zastępy. Na pierwszy ogień Zastęp III Żbiki, który stanął na wysokości zadania, który zorganizował naprawdę fajną i treściwą zbiórkę. W najbliższych tygodniach odpowiedzialność organizacyjną wezmą na siebie:
10.03.2019 (16:00 Benenard) – Grill Drużyny
17.03.2019 (10:30 przed harcówką) – Zbiórka Drużyny (Zastęp II Orły)
24.03.2019 (10:30) – Zbiórka Drużyny (Zastęp V Niedźwiedzie)
31.03.2019 (10:30) – Zbiórka Drużyny (Zastęp I Lisy)
Wracając jeszcze na chwilę do wczorajszej zbiórki Zastępu III Żbiki… zaczęliśmy na „Skarpie” skąd po raporcie i szybkiej odprawie ruszyliśmy po strzałkach na trasę. Organizatorzy na początek przygotowali dla nas tor przeszkód w wojskowym hełmie na głowie, co zaowocowało wieloma śmiesznymi zdarzeniami. Zbyt duży hełm zsuwał się wszystkim na oczy, co nie ułatwiało zadania… no ale nikt nie mówił że będzie łatwo 😉 Kolejne zadanie które na nas czekało, również rozbawiło wszystkich uczestników zbiórki… sztafeta parami, gdzie każda para ma związane nogi przy pomocy paska to gwarancja dobre zabawy. Dodatkowo każda para po pokonaniu wyznaczonego dystansu musiała opanować śmiech i zmęczenie, bo trzeba było oddać celny strzał z wiatrówki. Udawało się to ze zmiennym szczęściem 😉 Kolejna konkurencja dawała możliwość zaprezentowania umiejętności rozstawiania namiotu z pałatki. Tu też okazało się, że z wiedzą na ten temat bywa różnie. Na koniec tradycyjnie już usiedliśmy przy ognisku, gdzie każdy z nas mógł upiec różne frykasy przyniesione z domu (kiełbasa, chlebek, jabłko, itp). Do zobaczenia za tydzień!!