Kategoria: Cykl „Całym Życiem”

19 mar

Całym Życiem: Elżbieta Zawacka „Zo”

Elżbieta Zawadzka "Zo"
Elżbieta Zawacka „Zo”

Generał „ZO”. Jedyna kobieta wśród 316 cichociemnych…

Elżbieta Zawacka ka ps. „Zo” to postać absolutnie niezwykła i wyjątkowa w swoim rodzaju. Przełamywała bariery, na wielu polach przecierała kobietom szlaki, już za życia stała się legendą. A życie miała długie i barwne, choć oczywiście niezwykle trudne. Urodziła się 19 marca 1909 roku w polskiej rodzinie w Toruniu, który należał w tym czasie do zaboru pruskiego. Elżbieta Zawacka choć przez długi czas nie umiała się nawet po polsku przedstawić i policzyć do dziesięciu była zawsze Polką. Jej dziadek, Karol, gdy został zmobilizowany by walczyć w wojnie francusko-pruskiej, stawał niemal na głowie by jak najdłużej odwlekać wyjazd do Berlina. Zanim tam dotarł, wojna się skończyła. Jej najstarszy żyjący brat Alfons walczył w powstaniu wielkopolskim, a później został oficerem wojska polskiego. Słabe zrozumienie języka od najmłodszych la tnie przeszkadzało jej w jednoznacznym określeniu swojej narodowości. Elżbieta Zawadzka zmarła w swoim rodzinnym mieście 10 stycznia 2019 roku, dożywając niemal 100 lat (pochowana na Cmentarzu św. Jerzego w Toruniu).

Od wczesnej młodości wykazywała zainteresowanie wojskowością. Zamiast realizować je w typowy dla panienek tamtych czasów sposób, sama wolała założyć mundur i biegać po poligonie – już na studiach (również “męskich”, bo wybrała matematykę) związała się Organizacją Przysposobienia Kobiet do Obrony Kraju, a później, pracując jako nauczycielka, szkoliła młodsze koleżanki. Wykazała się chyba dużą intuicją i zrozumieniem czasów w których żyła, bo gdy we wrześniu 1939 nastąpił wybuch II Wojny Światowej, Ona jak mało która kobieta była gotowa do działania. Podczas kampanii wrześniowej brała udział w walkach w batalionie kobiecym w obronie Lwowa. Niedługo później, bo w październiku 1939 r. wstąpiła do konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polsce (późniejsze ZWZ-AK). Gdy trafiła do konspiracji, przyjęła swój pierwszy konspiracyjny pseudonim – „Zelma”. Początkowo działała na Górnym Śląsku, lecz wezwana do Warszawy dostała przydział do Wydziału Łączności Zagranicznej KG AK. Kursowała między Warszawą a Berlinem, przewożąc tajną pocztę. Spełnianie obowiązków kuriera wiązało się z ogromnym ryzykiem – nie chodziło jedynie o konieczność nielegalnego podróżowania i przekraczania granicy, ale również niebezpieczeństwo związane z tym, co mogłoby się stać w razie zdemaskowania i ujęcia przez Niemców. Kurierzy byli najlepiej poinformowanymi członkami państwa podziemnego, dlatego też byli głównymi celami okupanta, dzięki którym mogliby rozpracować dużą część podziemnej struktury. Zo miała pewną zaletę, która pozwoliła jej nieraz grać Niemcom na nosie – będąc niebieskooką blondynką mówiącą perfekcyjnie po niemiecku, podróżowała wagonami przeznaczonymi tylko dla Niemców. W ten sposób przekroczyła granicę III Rzeszy ponad 100 razy – za granicę wywoziła informacje, a wracała z walizkami pełnymi dolarów. Blond kamuflaż i nienaganny niemiecki nie zawsze jednak pomagały – któregoś razu „Zo” spostrzegła, że ma „na ogonie” kilku tajniaków, których mimo usilnych prób za nic nie mogła zgubić. Nie pomagało wskakiwanie na ostatnią chwilę do tramwaju ani zmiana odzieży w bramach. W tej sytuacji zdecydowała się na ostateczność – wsiadła do pociągu, a następnie wyskoczyła na trasie z pędzącej maszyny, gubiąc pościg. Poraniona dotarła do najbliższego miasta, którym okazał się Żyrardów. Gdzieś w okolicy obecnego Stawu Świętego Jana udało jej się zmyć z siebie ślady krwi, a następnie dobić targu z napotkaną wiejską babą, która zmierzała na żyrardowski targ. Za pierścionek zdjęty z palca odkupiła wiejską chustę na głowę, oraz stare znoszone ubrania… które jako przebranie pomogły jej w dotarciu do Warszawy.

W lutym 1943 r. odbyła trasę z Warszawy do Londynu (przez Niemcy, Francję, Hiszpanię i Gibraltar). Tam jako jedyna z 15 kobiet pomyślnie przeszła trening “cichociemnych” i zdecydowała się na skok ze spadochronem, co było dużym szokiem dla ćwiczących z Nią panów. Z Londynu powróciła w nocy z 9 na 10 września 1943 zrzucona ze spadochronem w ramach akcji „Neon 4″ na placówkę „Solnica” w okolicy majątku Osowiec – obecnie Adamów Wieś koło Grodziska Mazowieckiego. Słynny Jan Nowak-Jeziorański mówił o Niej tak: „Nawet w konspiracji, gdzie panuje anonimowość, „Zo” stała się postacią legendarną. (…) straciła rodzinę. Uchodziła za człowieka ostrego i wymagającego od innych, ale najbardziej od samej siebie. Jej oddanie służbie graniczyło z fanatyzmem. (…) Średniego wzrostu, blondynka o niebieskich oczach miała w sobie coś męskiego. Była surowa, poważna, trochę szorstka i bardzo rzeczowa. W czasie rozmowy ani razu nie uśmiechnęła się, nie padło ani jedno słowo natury bardziej osobistej, nic co nie wiązało się ze służbowym tematem. „Zo” nie miała na to czasu. Dopiero na pożegnanie poczułem ciepły, mocny uścisk dłoni i usłyszałem lekkie westchnienie: Daj Boże, żebyście dotarli.” W marcu 1944, gdy „Zo” zagroziło aresztowanie, wycofano ją z działalności kurierskiej i przeniesiono do służby w dowództwie Wojskowej Służby Kobiet (WSK). Działając w WSK, brała udział w Powstaniu Warszawskim, a po kapitulacji przedostała się do Krakowa, gdzie odbudowywała zerwaną łączność ze Sztabem Naczelnego Wodza.

Zdemobilizowana w lutym 1945 dalej pracowała w konspiracji: najpierw w Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj, następnie w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Z działalności antykomunistycznej zrezygnowała w 1946, podejmując pracę w Państwowym Urzędzie Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego przy Ministerstwie Obrony Narodowej, z której – ze względów politycznych – musiała zrezygnować w 1948. Po wojnie próbowała wrócić do pracy w oświacie, jednak jak wielu innych żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego została aresztowana przez UB, które zafundowało jej „atrakcje” w postaci przymusowego siedzenia na nodze od stołka. Na podstawie fałszywych oskarżeń (szpiegostwo) skazano ją na 10 lat więzienia, ale w 1955 objęła ją amnestia. Wróciła do pracy w szkolnictwie, ucząc w szkołach w Sierpcu i Toruniu, nie zaniedbując jednak samodzielnej nauki. W 1965 na UMK w Toruniu obroniła doktorat (promotor: prof. Ludwik Bandura) i podjęła pracę na stanowisku adiunkta Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku (od 1972 Uniwersytet Gdański). W 1973 w Wykowie (obecnie: Uniwersytet Pedagogiczny) uzyskała tytuł doktora habilitowanego. Nie mając szans na utworzenie własnego zakładu andragogiki w Gdańsku (o czym marzyła), w 1975 przyjęła propozycję UMK stworzenia nowo powstającym Instytucie Pedagogiki i Psychologii. W 1976 wyjechała w celach naukowych do Londynu, po powrocie spotkały ją liczne szykany i represje tak ze strony SB, jak i władz Instytutu, w którym pracowała. Przeszłą dwa zawały serca oraz długą rekonwalescencję, a w 1978 została zmuszona do odejścia na emeryturę. Jeszcze w latach sześćdziesiątych Elżbieta Zawacka zajęła się gromadzeniem materiałów historycznych, dokumentujących działalność Armii Krajowej w czasie wojny (w szczególności kobiet) i do samej śmierci w 2009 roku nad tym pracowała.

Jak światłym była człowiekiem, niech świadczy fakt, że będąc już w bardzo zaawansowanym wieku ukończyła kurs obsługi komputera, aby usprawnić swoją pracę i iść z duchem czasu. Bardzo denerwowały ją inne kombatantki niepotrafiące obsługiwać komputerów i internetu, bo bardzo utrudniało jej to pracę. 3 maja 2006 na wniosek warszawskich środowisk kombatanckich Prezydent RP Lech Kaczyński awansował ją do stopnia generała brygady. Została wówczas drugą po Marii Wittek kobietą generałem w historii Wojska Polskiego. Profesor Elżbieta Zawacka została dwukrotnie odznaczona Orderem Wojennym Virtuti Militari V klasy i pięciokrotnie Krzyżem Walecznych, w 1995 prezydent Lech Wałęsa odznaczył ją Orderem Orła Białego. W 2002 otrzymała Nagrodę „Kustosz Pamięci Narodowej” z rąk Prezesa IPN prof. Leona Kieresa.

02 lut

Cykl Całym Życiem: Alfred Paczkowski „Wania”

Ankieta Cichociemnego -  77 Mazowiecka Drużyna HarcerskaAlfred Paczkowski był chyba jednym z pierwszych cichociemnych, którego historie przyszło mi poznać.  To od jego osoby rozpoczęła się moja fascynacja II Wojną Światową, a w szczególności cichociemnymi, czyli żołnierzami Polskich Sił Zbrojnych, którzy byli zrzucani na spadochronach do okupowanej Polski. Podczas jednego z pierwszych obozów 77 Mazowieckiej Drużyny Harcerskiej nad Jeziorem Sośno koło Zbiczna (był to rok chyba 1998 lub 1999) Wodzu przygotował dla nas cykl gawęd poświęconych cichociemnym. Pierwsza gawęda była oczywiście wstępem i w całości została poświęcona wyjaśnieniu kim tak naprawdę byli cichociemni. Kolejne ognisko na tym obozie zostało już poświęcone konkretnej osobie… jednemu z pierwszych który zdecydował się na skok do okupowanej Polski, czyli Alfredowi Paczkowskiemu pseudonim „Wania”. Po powrocie z obozu do domu, Wodzu zarzucił mnie stertą książek, które połykałem w tempie ekspresowym. na pierwszy ogień poszła książka: „Cichociemni. Z Polski do Polski” , jako druga wpadła w moje ręce „Ankieta Cichociemnego” czyli wojenne losy Alfreda Paczkowskiego „Wani”. Po jej przeczytaniu dochodzę do wniosku, że jest to gotowy scenariusz na wspaniały film sensacyjno/wojenny, przy którym „Rambo” , „Szeregowiec Rayan” czy inne wytwory hollywoodzkiego kina to jakaś miernota.

Alfred Paczkowski - 77 Mazowiecka Drużyna Harcerska
Alfred Paczkowski – zdjęcie przedwojenne

Alfred Paczkowski ps. „Wania” urodził się 11 maja 1909 w Prużanach, można powiedzieć, że był chyba największym pechowcem wśród cichociemnych, a jednocześnie – największym szczęściarzem. Przed wojną ukończył Szkołę Podchorążych Sanitarnych w Warszawie, w latach 1938-1939 lekarz 9 Pułku Ułanów Małopolskich w Trembowli. We wrześniu 1939 walczył w szeregach Armii Poznań.

Po ukończeniu pełnego kursu cichociemnych, w nocy z 27 na 28 grudnia 1941 roku „Wania” został zrzucony do Polski. Operacja lotnicza nosiła kryptonim „Jacket” i była trzecią z kolei mającą na celu przerzut cichociemnych do okupowanej Polski. Razem z „Wanią” na pokład bombowca stojącego na podlondyńskim lotnisku weszli rotmistrz Marian Jurecki „Orawa”, kapitan Andrzej Świątkowski „Amurat”, major Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz” (jeden z twórców idei cichociemnych) oraz dwaj kurierzy Delegatury Rządu na Kraj – podporucznik Tadeusz Chciuk „Celt” i kapral Wiktor Strzelecki „Buka”. Samolot typu Halifax miał ich zrzucić między Sochaczewem a Bolimowem, niestety dowódca operacji porucznik nawigator Mariusz Wodzicki popełnił błąd nawigacyjny i zrzut nastąpił w odległości 15 kilometrów na północny – wschód od Sochaczewa w miejscowości Brzozów. Było to miejsce najgorsze z możliwych, bo znajdowało się na terenach włączonych do Rzeszy, zaledwie kilka kilometrów od granicy z Generalną Gubernią. W wyniku tego błędu skoczkowie nie wylądowali na bezpiecznej leśnej polanie, obstawionej, przez żołnierzy AK. Wprost przeciwnie, zostali zrzuceni w otwartym terenie, który ze względu na bliskość granicy był silnie obsadzony przez Niemców i regularnie patrolowany. Lądowanie na terenach Rzeszy zmuszało do przebijania się przez granicę, co było praktycznie było niewykonalne ze względu na bardzo liczne patrole pograniczników. Wkrótce po wylądowaniu skoczkowie natykają się na taki patrol, „Amurat” i „Orawa” otoczeni przez Niemców bronią się do ostatniego naboju, niestety są bez szans i giną w walce.  „Kotwicz”, „Wania”, „Buka” i „Celt” zostali aresztowani przez inny patrol i doprowadzeni na niemiecki posterunek. Strażnicy, którzy ich złapali popełniają błąd który będzie ich kosztować życie… zwyczajnie zapomnieli skoczków zrewidować. Kiedy w wartowni jeden ze strażników podszedł do „Wani” ten bez namysłu uderzył go dłonią w szyję, wyszarpnął swój ukryty pistolet i dwukrotnie wypalił niemal przystawiając Niemcowi lufę do piersi. „Kotwicz” również nie próżnował. Ze swojego pistoletu położył trupem dwóch Niemców. Wartownik przed posterunkiem spanikował, rzucił karabin na ziemię i zaczął uciekać. „Wania” wziął broń do ręki, starannie wycelował i nacisnął spust, ten strzał też był celny. W końcu cała czwórka dociera do Warszawy, aby tu przejść kurs przystosowania do życia w okupowanym kraju.

Jan Piwnik "Ponury" - 77 mazowiecka Drużyna Harcerska
Jan Piwnik „Ponury” – Dowódca szturmu na więzienie w Pińsku.

Po jego zakończeniu „Wania” zostaje wyznaczony dowódcą jednego z odcinków organizacji zbrojnej „Wachlarz”, której zadaniem jest wspieranie partyzantki na terenach na wschód od Warszawy oraz sabotaż niemieckich szlaków komunikacyjnych na front wschodni. Założenia organizacji „Wachlarz” są ambitne, niestety na terenach praktycznie wytrzebionych z ludności polskiej skrajnie nierealne. Do pracy na pięciu odcinkach Wachlarza zostaje skierowanych ponad dwudziestu cichociemnych, którzy mimo świetnego wyszkolenia ponoszą dotkliwe straty. Gestapo nie próżnuje i działalność trzech (z pięciu) odcinków kończy się spektakularną katastrofą i ciężkimi ofiarami. Pod koniec 1942 roku, w czasie jednej z operacji sabotażowych w okolicach Pińska jednocześnie zostaje aresztowanych trzech cichociemnych „Azor” , „Bocian” oraz „Wania”. Na domiar złego „Bocian” ginie niestety w trakcie przesłuchań, zaś „Wania'” i „Azor” zostają poddani brutalnym przesłuchaniom w pińskim więzieniu. Więzienie w Pińsku „Wania” i „Azor” opuszczają w sposób, który do dnia dzisiejszego jest opisywany w podręcznikach dywersji dla oddziałów specjalnych na całym świecie. Z odsieczą przychodzi im specjalnie przygotowany oddział uderzeniowy pod dowództwem cichociemnego Jana Piwnika „Ponurego”. W brawurowy sposób, korzystając ze sprytnych forteli „Ponury” zdobywa więzienie, wyswobadzając tym samym swoich przyjaciół. Akcja zostaje przeprowadzona wzorowo, bez strat własnych, właściwie na oczach całego niemieckiego garnizonu stacjonującego w Pińsku.

Alfred Paczkowski - 77 Mazowiecka Drużyna Harcerska
Alfred Paczkowski – pierwszy od prawej

Po tej niemiłej przygodzie Wania zostaje przemycony do Warszawy, gdzie czeka go leczenie i rehabilitacja złamanej nogi. Po zakończeniu leczenia dostaje nowy przydział, którym jest stanowisko szefa Kedywu Obszaru Białystok, a później dowódcy 84 pułku piechoty w ramach 30 Dywizji Piechoty AK.  30 czerwca 1944 r. pod Mańczakami na Podlasiu stacza potyczkę z regularnymi oddziałami wroga.  Swój oddział prowadzi do ataku przez łany zboża starają się strzelać krótkimi seriami, tak jak został nauczony w czasie szkoleń cichociemnych na Wyspach Brytyjskich. W czasie tej potyczki zostaje ciężko ranny, co skutkuje odesłaniem do Warszawy, gdzie zdążył wykurować się do wybuchu Powstania Warszawskiego. W czasie Powstania – jako ranny – w walkach praktycznie nie uczestniczy. 16 września dowództwo wyznacza go do „nawiązania łączności z Armią Radziecką”. Dwa dni później, w nocy, wsiada do mocno przeciekającej łódki i z kilkoma osobami przeprawia się na drugi brzeg Wisły. Właściwie po wyjściu z łódki zostaje aresztowany, a powrót do kraju zajmie mu blisko 4 lata.

Doktor cichociemny kpt. Alfred Paczkowski w czasie wojny zajęty całkowicie walką o niepodległość, nie wykonał żadnego zabiegu, prawie zapominając o swoim wyuczonym zawodzie. Za to po zakończeniu wojny zajął się leczeniem chorych, pracując jako lekarz w Warszawie, Górze Kalwarii i ordynator oddziału internistycznego w Żyrardowie. Jednocześnie był inwigilowany przez Urząd Bezpieczeństwa, jak większość AK-owców i weteranów Sił Zbrojnych na Zachodzie. Prawdopodobnie z tego powodu po niedługim czasie stracił stanowisko ordynatora. Za wojenne zasługi odznaczony został m.in. Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari i dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Zmarł w 1986 roku.

25 mar

Cykl Całym Życiem: Rotmistrz Pilecki

Całym Życiem - Rotmistrz Witold Pilecki

Jeszcze kilkanaście lat temu postać Rotmistrza Pileckiego znana była jedynie garstce historyków zapaleńców. Władza w Polsce Ludowej skutecznie dbała, aby postacie pokroju Rotmistrza Pileckiego skazać na zapomnienie. W oficjalnym obiegu (radio, telewizja, prasa, książki, publikacje naukowe) o Rotmistrzu Witoldzie Pileckim nie mówiono, nie pisano… strach było nawet o nim pomyśleć, w obawie prze szykanami komunistycznych władz. Do niedawna polska młodzież na lekcjach historii uczyła się kto to jest gen. Świerczewski lub marsz. Żukow… o Witoldzie Pileckim oczywiście nie wspominano słowem. A znać osobę rotmistrza Witolda Pileckiego naprawdę warto! Jego dokonaniami i naprawdę ciężkimi życiowymi epizodami można by obdzielić kilka osób. Był organizatorem zaczątków skautingu na Wileńszczyźnie, uczestnikiem Pierwszej Wojny Światowej, WojnyPolsko-Bolszewickiej a także Drugiej Wojny Światowej. W czasie Drugiej Wojny Światowej zakładał struktury Państwa Podziemnego, dobrowolnie poszedł do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, aby zakładać struktury konspiracyjne, oraz zdobyć dowody hitlerowskiego ludobójstwa. Był autorem jednej z niewielu skutecznych ucieczek z Oświęcimia, opisał w raporcie i wysłał na zachód informacje co dzieje się za płotem oświęcimskiego obozu. Walczył w czasie Powstania Warszawskiego jako szeregowy żołnierz w Zgrupowaniu „Chrobry II” starając się zachować anonimowość. Po wojnie starał się walczyć z komunistycznymi władzami, sterowanymi prosto z Moskwy…  za wszelką dążył do tego aby Polska była w 100% niepodległym krajem. Zapłacił za to cenę najwyższą, bo 15 marca 1948 Naczelna Prokuratura Wojska Polskiego po sfingowanym procesie ogłosiła wyrok w którym Witold Pilecki został skazany na karę śmierci. Rzekomo Witold Pilecki miał być szpiegiem niemieckim, a także żywic szczególną nienawiść wobec Polski Ludowej. W dniu 25 maja 1948 r. o godz. 21.30 wyrok został wykonany w wiezieniu na Mokotowie, miejsce pochówku rotmistrza Pileckiego jest nieznane. W lipcu 2006 r. Prezydent RP Lech Kaczyński w uznaniu zasług Witolda Pileckiego i jego oddania sprawom ojczyzny odznaczył go pośmiertnie Orderem Orła Białego (najwyższym polskim odznaczeniem państwowym). Prócz Orderu Orła Białego rotmistrz Witold Pilecki był też kawalerem Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski, Krzyża Walecznych (4-krotnie),  Srebrnego Krzyża Zasługi, Krzyża Oświęcimskiego, Warszawskiego Krzyża Powstańczego. Z szerszym biogramem można się zapoznać poniżej…

 

Całym Życiem - Rotmistrz PileckiWitold Pilecki urodził się 13 maja 1901 r. Rodzina Pileckich pochodzi z okolic Nowogródczyzny. W wyniku represji za udział w Powstaniu Styczniowym, część majątku uległa konfiskacie, a młodzi Pileccy zmuszeni do szukania pracy na stanowiskach rządowych rosyjskiego imperium. Ojciec Witolda, Julian Pilecki po ukończeniu studiów w Instytucie Leśnym w Petersburgu, przyjął posadę leśnika na północy Rosji w Karelii. Po wstąpieniu w związek małżeński z Ludwiką Osiecimską zamieszkali w Ołońcu. Tam urodziło się im pięcioro dzieci: Maria, Józef (zmarł w wieku 5 lat), Witold, Wanda i Jerzy. W tym czasie rodzina Pileckich co roku wyjeżdżała na kilka tygodni do Sukurcz oraz na Mohylowszczyznę dla podtrzymania więzi rodzinnych a także dla pogłębiania znajomości języka polskiego i historii kraju przodków. Niski poziom nauczania w miejscowych szkołach i rusycyzmy w mowie małych Pileckich wpłynęły na decyzję rodziców o konieczności wyjazdu młodzieży z Ołońca. Ze względów materialnych, Julian Pilecki nadal pracował w Zarządzie Lasów Państwowych w Ołońcu, na stanowisku starszego rewizora, natomiast Ludwika Pilecka wraz z dziećmi w 1910 r. zamieszkała w Wilnie. Witold rozpoczął naukę w szkole handlowej – tzw. gimnazjum komercyjnym. Po rozpoczęciu nauki związał się też z nielegalnie działającym skautingiem.

Wybuch wojny w 1914 r. zaskoczył rodzinę Pileckich na wakacjach w Druskiennikach. Nie mogąc wrócić do zagrożonego niemiecką okupacją Wilna, ani do dalekiego Ołońca, gdzie pracował ojciec, Ludwika Pilecka w sierpniu tegoż roku pojechała do swej matki mieszkającej w Hawryłkowie na Mohylowszczyźnie i tam posłała dzieci do szkół w Orle. W tym małym kresowym miasteczku Witold założył pierwszy zastęp harcerski i zaczął też współorganizować kółka samokształceniowe.Jesienią 1918 r. Witold Pilecki powrócił do Wilna, by kontynuować przerwaną naukę tym razem w gimnazjum im. Joachima Lelewela. Na wieść o wycofywaniu się Niemców z miasta i zbliżaniu się wojsk bolszewickich, ochotnicy pod komendą gen. Władysława Wejtki, przystąpili do organizowania oddziałów samoobrony. W skład tych oddziałów weszła grupa starszych harcerzy, w której był Witold. Walczył do jesieni 1919 r., a po ustabilizowaniu się frontu został zdemobilizowany i wrócił do nauki w wileńskim gimnazjum. Na wieść o polsko-bolszewickiej wojnie w lipcu 1920 r. ponownie wstąpił w szeregi wojska polskiego. W sierpniu 1920 r. pod komendą rtm. Jerzego Dąmbrowskiego walczył na przedmieściu Warszawy, później został skierowany do oddziałów gen. Lucjana Żeligowskiego. Na początku 1921 r. został zwolniony z wojska, wrócił do Wilna , by kontynuować naukę w gimnazjum oraz działać w harcerstwie i prowadzić prace w Związku Bezpieczeństwa Kraju, do którego wstąpił w lutym 1921 r. W maju tegoż roku złożył egzamin maturalny przed Komisją Egzaminacyjną dla Byłych Wojskowych.

W 1922 r. Witold Pilecki rozpoczął studia na Uniwersytecie im. Stefana Batorego jako nadzwyczajny słuchacz Wydziału Sztuk Pięknych. Brak środków utrzymania, ciężka choroba ojca Juliana, zadłużenie majątku Sukurcze zmusiły Witolda do rezygnacji z ambitnych planów studiowania i podjęcia pracy zarobkowej. We wrześniu 1926 r. został właścicielem majątku, zaczął więc go modernizować i rozwijać aby był przykładem dla okolicznych właścicieli ziemskich i osadników wojskowych. W 1929 r. Witold Pilecki poznał Marię Ostrowską, młodą nauczycielkę miejscowej szkoły, pochodzącą z Ostrowi Mazowieckiej. 7 kwietnia 1931 r Maria i Witold zawarli związek małżeński i zamieszkali w Sukurczach, gdzie urodził się im syn, a następnie córka. W 1932 r. w lidzkim powiecie utworzył z okolicznych osadników wojskowych Konne Przysposobienie Wojskowe „Krakus”. Został mianowany dowódcą Lidzkiego I Szwadronu PW. W 1937 r. KPW pow. lidzkiego zostało podporządkowane 19 Dywizji Piechoty. W 1938 r. Witold Pilecki otrzymał za swoją pracę społeczną i zaangażowanie społeczne Srebrny Krzyż Zasługi. W końcu sierpnia 1939 r. 19 Dywizja Piechoty pod dowództwem gen. bryg. Józefa Kwaciszewskiego z włączonym doń szwadronem Witolda, została skierowana w okolice Piotrkowa Trybunalskiego do osłony szosy Piotrków – Tomaszów Mazowiecki. W nocy 5/6 września niemiecki XVI Korpus pancerny rozbił polską dywizję, więc rozproszeni żołnierze, wśród których był także Pilecki, po przejściu Wisły włączyli się w szeregi odtwarzanej 41 Dywizji Piechoty Rezerwy. Komendantem kawalerii dywizyjnej mianowano mjr. Jana Włodarkiewicza, a jego zastępcą został ppor. Witold Pilecki. 22 września dywizja została rozbita, żołnierze zaś otrzymali rozkaz złożenia broni. Żołnierze w większości nie skapitulowali. Część z nich uciekła na Węgry i podjęła dalszą walkę u boku sojuszniczej Francji. Inni, wśród których był Witold Pilecki, wrócili do kraju, by prowadzić podziemną walkę z okupantem. Jeszcze Jesienią 1939 roku brał udział w tworzeniu podziemnej organizacji wojskowej o nazwie Tajna Armia Polska (została połączona z Związkiem Walki Zbrojnej w 1941 roku), następnie aktywnie działał w konspiracji, od 1940 r. pracując jako ajent hurtowni kosmetycznej „Raczyński i Ska” (pozwalało mu to na w miarę swobodne poruszanie się po Warszawie).

W 1940 r. władze niemieckie zaczęły organizować na ziemiach polskich obozy koncentracyjne. Obok zastraszenia społeczeństwa chodziło również o wyzyskanie darmowej siły roboczej i grabież mienia, oraz eksterminację więźniów. Aresztowania wśród żołnierzy Tajnej Armii Polskiej, osadzanie coraz większej liczby skazańców w obozie koncentracyjnym Auschwitz i rozszerzająca się jego zła sława w miarę zwiększania jego funkcji eksterminacyjnych – wpłynęły na decyzję Witolda Pileckiego, by tam dobrowolnie się udać. Zamiar ten zrealizował 19 września 1940 r. podczas łapanki na Żoliborzu, skąd pod nazwiskiem Tomasza Serafińskiego dostał się do Auschwitz jako więzień nr 4859.


Po przekroczeniu bramy z napisem „Arbeit macht frei”, niezależnie od przygotowania i wyobrażeń, każdy przybyły przeżywał szok. Tak samo zareagował Witold Pilecki. W czasie pobytu w Auschwitz trzykrotnie poważnie zachorował, ale pod opieką dr Jana Deringa, żołnierza TAP powrócił do sił. Obozowe przeżycia nie tylko nie załamały Pileckiego psychicznie, ale jakby dodatkowo mobilizowały do walki i do działania. Pierwsza grupa konspiracyjna, którą zawiązał wśród więźniów przywiezionych z Warszawy nosiła nazwę Tajnej Organizacji Wojskowej; tworzyły ją tzw. piątki. W miarę włączania kolejnych grup organizacji zmieniono nazwę na Związek Organizacji Wojskowych, który swoich żołnierzy miał we wszystkich komandach obozu oświęcimskiego. Następnym celem, jaki Pilecki postawił przed sobą było połączenie grup konspiracyjnych w Auschwitz i przygotowanie do powstania. Rozmowy prowadzone z wyższymi uwięzionymi w obozie oświęcimskim wojskowymi były trudne, ale ideowość Witolda, widoczny brak żądzy władzy doprowadziła do scalenia wszystkich odłamów konspiracyjnych pod dowództwem płk Kazimierza Heilmana-Rawicza z ZWZ-AK. Oprócz porozumienia i zjednoczenia organizacji wojskowych, Witoldowi Pileckiemu, po wielu rozmowach i przekonywaniu udało się doprowadzić do swoistego porozumienia politycznego między poszczególnymi partiami i nurtami politycznymi. Wyrazem tego porozumienia była wigilia zorganizowana w 1941 r., na której spotkali się przedstawiciele różnych ugrupowań. Wiosną 1943 r. rozpoczęły się aresztowania wśród najbliższych współpracowników „Tomasza Serafińskiego”. Gestapo miało coraz więcej danych o obozowej konspiracji. Władze Auschwitz zdecydowały się na przerzucenie „starych” polskich aresztantów do obozów na teren III Rzeszy. Gdy udało się uzyskać potwierdzenie tych decyzji, Witold Pilecki podjął plan ucieczki z Auschwitz. Wraz z dwoma więźniami: Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim dokonał tego w czasie świąt wielkanocnych z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Chciał osobiście w Komendzie Głównej AK przedstawić sytuację w KL Auschwitz i uzyskać zgodę na akcję zbrojną i wyzwolenie więźniów. Aż do wybuchu Powstania Warszawskiego żywo interesował się samym obozem i cały czas był w kontakcie z tamtejszym podziemiem. 23 lutego 1944 r. Witolda Pileckiego awansowano na rotmistrza ze starszeństwem od listopada 1943 r. W Powstaniu Warszawskim walczył jako szeregowy żołnierz w Zgrupowaniu „Chrobry II” starając się zachować anonimowość. Jednak w miarę upływu czasu, gdy coraz bardziej potrzebni byli oficerowie ujawnił swój stopień wojskowy. W pierwszych dniach powstania walczył w 1 kompanii „Warszawianka” w budynku Wojskowego Instytutu Geograficznego. W miarę toczonych walk powstańczych został zastępcą, a następnie dowódcą 2 kompanii I batalionu broniącej rejonu ulic Towarowej i Srebrnej ze składami Hartwiga. Po 63 dniach walki Powstanie Warszawskie upadło. Powstańcy musieli złożyć broń i udać się do niewoli. 5 października 1944 r. rtm. Witold Pilecki wraz z żołnierzami Zgrupowania „Chrobry II” wyruszył do Ożarowa, skąd po kilku dniach pojechał do Lamsdorf, a 19 października skierowano go do Murnau. Tam przebywał do wyzwolenia opiekując się młodymi powstańcami, za co otrzymał wdzięczne miano „Taty”. 9 lipca 1945 roku Witold Pilecki wyjechał z obozu w Murnau do II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych we Włoszech, gdzie oficjalny przydział do służby otrzymał równocześnie z urlopem, który miał wykorzystać na przygotowanie się do powrotu do Polski. Zamieszkał w San Giorgio i dzielił czas na spisywanie wspomnień oświęcimskich i na rozmowy z wyższymi dowódcami PSZ o czekających go zadaniach i sposobach ich realizacji. Po powrocie do kraju Witold Pilecki podobnie jak i cały naród był przekonany, że „polscy” (pełniący obowiązki Polaków) komuniści są agentami wrogiego mocarstwa. Stąd wierność złożonej przysiędze nakazywała mu służyć prawowitemu rządowi Rzeczypospolitej Polskiej i jej dowództwu wojskowemu. Władze komunistyczne kontynuowały akcje przeciw polskiemu podziemiu. W ciągu kilku miesięcy 1946 r. stracono ogółem 120 członków różnych organizacji podziemnych. Aresztowania dotykały żołnierzy, którzy ujawnili się po kolejnej amnestii ogłoszonej 2 sierpnia 1945 r. rozpropagowanej jako akt „dobrej woli” Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej.  W czerwcu 1946 r. Witold Pilecki otrzymał za pośrednictwem emisariuszki z Włoch wydany przez gen. Andersa rozkaz wyjazdu na Zachód, gdyż jest spalony i poszukiwany. W sierpniu tę wiadomość potwierdził Bolesław Niewiarowski. Pilecki jednak ociągał się z podjęciem decyzji z dwóch powodów: tu miał rodzinę, a żona odmówiła wyjazdu z dziećmi, choć sama nalegała na jego wyjazd. Tymczasem „władza ludowa” dążąc do całkowitego zwycięstwa na ziemiach polskich posługiwała się zdradą i prowokacją, które stanowiły główny atut sukcesów sił bezpieczeństwa „Polski Lubelskiej”. Również w przypadku Witolda Pileckiego i jego bliskich współpracowników użyto tych wypróbowanych sposobów. Do organizacji  Wolność i Niezawisłość w której działał Pilecki wprowadzono agenta, Leszka Kuchcińskiego, byłego żołnierza TAP i poddano ją dłuższej inwigilacji. Witolda Pileckiego zatrzymano 8 maja 1947 r., a od 6 do 22 maja 1947 r. uwięziono 23 osoby, z których tylko 7 zostało uznanych za niewinne i zwolniono. Od 9 maja Pilecki znajdował się w X Pawilonie więzienia mokotowskiego w całkowitej izolacji. Śledztwo przeciwko niemu nadzorował płk R. Romkowski i na protokołach przesłuchań znajdują się dopiski i polecenia pisane jego ręką (dokumenty ze śledztwa są zgromadzone w Archiwum Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Pilskiemu, Instytucie Pamięci Narodowej). Przesłuchiwany był przez: por. S. Łyszkowskiego, por. Krawczyńskiego, ppor. J. Kroszela, por. T. Słowianka, ppor. E. Chimczaka i por. S. Alaborskiego, którzy słynęli z okrucieństwa. Koszmar przesłuchiwania trwał pół roku. Zaraz po uwięzieniu Pileckiego, jego oświęcimscy przyjaciele zwrócili się do innego współwięźnia – premiera Józefa Cyrankiewicza z prośbą o interwencję. Zamiast odpowiedzi, Cyrankiewicz wystosował pismo do przewodniczącego składu sędziowskiego, w którym sugerował, by nie brano pod uwagę działalności „Tomasza Serafińskiego” w Auschwitz, lecz by rozprawiono się z nim jako „wrogiem ludu i Polski Ludowej”. Rozstrzygnięcia zapadały poza salą sądową. Proces w swym założeniu miał dostarczyć materiału propagandowego na potwierdzenie tezy o szpiegowskiej działalności grupy „Witolda” i współpracy z Niemcami w czasie okupacji. Ponadto miał stać się środkiem sterroryzowania społeczeństwa w jego odruchach niepodległościowych. Dlatego oskarżyciel żądał dla oskarżonych kary śmierci. W ostatnim słowie oskarżeni odrzucili zarzut szpiegostwa i świadomego uczestnictwa w działalności tego typu, podkreślali natomiast postawę żołnierskiej służby w dobrej sprawie.

15 marca 1948 r. w południe ogłoszono wyrok: W. Pilecki, M. Szelągowska i T. Płużański zostali skazani na karę śmierci, M. Sieradzki na dożywocie, a pozostali na kilkanaście lat więzienia. W uzasadnieniu wyroków śmierci sąd wojskowy podał: „dopuścili się najcięższej zbrodni stanu i zdrady narodu, cechowało ich wyjątkowe napięcie złej woli, przejawiali nienawiść do Polski Ludowej i reform społecznych, zaprzedali się obcemu wywiadowi i wykazali szczególną gorliwość w akcji szpiegowskiej”. Można zauważyć, że to uzasadnienie potwierdza polityczny i propagandowy charakter procesu u wyroku. 25 maja 1948 r. o godz. 21.30 w obecności Wiceprokuratora Naczelnej Prokuratury Wojska Polskiego mjr S. Cypryszewskiego, Naczelnika więzienia Mokotowskiego – por. Ryszarda Mońko, lekarza por. dr lek. Kazimierza Jezierskiego, duchownego – ks. kpt. Wincentego Martusiewicza rozstrzelano Witolda Pileckiego, a ciało potajemnie pogrzebano prawdopodobnie na tzw. „Łączce” dziś kwatera „Ł” cmentarza Powązkowskiego.

Dopiero we wrześniu 1990 r. Sąd Najwyższy uniewinnił rotmistrza i jego towarzyszy, ukazał niesprawiedliwy charakter wydanych wyroków, uwypuklił patriotyczną postawę skazanych w tym procesie.  W lipcu 2006 r. Prezydent RP Lech Kaczyński w uznaniu zasług Witolda Pileckiego i jego oddania sprawom ojczyzny odznaczył go pośmiertnie Orderem Orła Białego.

 

no images were found

24 kwi

Cykl Całym Życiem: Kaziemierz Piechowski

„Jestem harcerzem, muszę wypełnić swój obowiązek – być radosnym i pogodnym. Będę harcerzem do końca życia”   to słowa Kazimierza Piechowskiego – harcerza, jednego ze 144 więźniów, którzy zdołali uciec z hitlerowskiego obozu koncentracyjnego.

Całym Życiem - Kazimierz PiechowskiKazimierz Piechowski jest jednym z niewielu szczęściarzy,  którzy zdołali uciec z hitlerowskiego obozu koncentracyjnego. Dzisiaj w wieku 91 lat opowiada swoją historię. 20 czerwca 1942 roku SS-man pełniący straż przy bramie wjazdowej do Auschwitz przeraził się. Przed nim w samochodzie siedział Rudolf Hoess, komendant obozu a obok trzech uzbrojonych mężczyzn, z których jeden – Untersturmführer lub podporucznik – krzyczał i klął.
„Otwierać gnojki” darł się po niemiecku. „Otwierać albo pożałujecie!”. Przerażony wartownik zrywa się, by podnieść szlaban, pozwalając zwinnej maszynie przejechać i oddalić się w niesamowitym tempie.
Gdyby jednak zdołał przyjrzeć się lepiej pasażerom pojazdu, zauważyłby coś niepokojącego: mężczyźni spływali potem, a na ich bladych twarzach malował się strach. Daleko im było do nazistów. W rzeczywistości należeli do grona polskich więźniów obozu. Przebrani w niemieckie mundury wykradli samochód i właśnie dokonali jednej z najbardziej zuchwałych a zarazem brawurowych ucieczek z Auschwitz. Organizator całego przedsięwzięcia, rozwrzeszczany podporucznik okazał się zwykłym skautem, dla którego harcerskie motto „Czuwaj!” stało się życiowym drogowskazem.
Niemal 70 lat później właśnie on, więzień nr 918 siedzi w harcerskiej siedzibie Baden Powell House w Londynie nienagannie ubrany, z twarzą tak gładką, jak jego doskonale wyprasowana koszula. Gdy podczas uroczystej ceremonii mała harcerka przyozdabia go honorową chustą prostuje plecy jak nastolatek.
Jako gość w Wielkiej Brytanii jest zachwycony, kiedy piosenkarka Katy Carr wraz ze skautami odśpiewuje piosenkę zainspirowaną historią jego życia. Jednak już za chwilę Kazimierz Piechowski, czyli Kazik (bo tak woli być nazywany) opowie to, o czym niewielu w Zjednoczonym Królestwie słyszało: jak podczas nazistowskiej okupacji harcerze nieco starsi od tu zgromadzonych ginęli na ulicach, podczas gdy inni, tacy jak on byli zsyłani do obozów, gdzie doświadczali „ostatecznego rozwiązania”.
Piechowski spędził szczęśliwe dzieciństwo w Tczewie, gdzie wraz z kolegami pływał w pobliskiej Wiśle i bawił się w Indian ze swoimi dwoma braćmi. Jego rodzice należeli do klasy średniej. Ojciec pracował na kolei. Gdy Kazik miał 10 lat wstąpił do harcerstwa – to zmieniło jego życie na zawsze.
Młodzieżowa organizacja przeżywała wówczas swój rozkwit w Polsce, która niedawno, bo po I wojnie światowej odzyskała niepodległość. Stowarzyszenie kładło nacisk na patriotyzm, upór, hart ducha i braterstwo. „Wstąpiłem, bo czułem się patriotą”, wspomina. „Gdy wróciłem do domu, mama rozpłakała się i powiedziała do mnie: «Jestem taka szczęśliwa, że wybrałeś dobrą drogę.»”
Kiedy naziści zaatakowali kraj 9 lat później, w 1939 roku, postrzegali harcerstwo jako symbol nacjonalizmu i potencjalny ruch oporu. „Miałem 19 lat, gdy wybuchła wojna”, mówi Piechowski. „Cztery dni po tym, jak zaczęła się kampania, Niemcy wkroczyli do Tczewa. Zaczęli rozstrzeliwać harcerzy.” Wśród złapanych i zabitych znajdowali się koledzy Kazika z dzieciństwa. Chłopak był przerażony. „Wiedziałem, że wcześniej czy później również zostanę zabity”, mówi, „dlatego postanowiłem uciec.”Próbował przedostać się na Węgry, by stamtąd wyruszyć do Francji, gdzie tworzyło się wojsko polskie. Złapano go, gdy przekraczał granicę. Po ośmiu miesiącach spędzonych w różnych więzieniach, wysłano go do Auschwitz.
„Trafiłem do obozu w drugim transporcie” mówi Piechowski, „i pomagałem go tworzyć.”Stare budynki były zbyt małe, by pomieścić wszystkich złapanych podczas masowych aresztowań, dlatego więźniów zmuszano do pracy po 12-15 godzin dziennie. Tak powstawał największy nazistowski obóz zagłady.„Przez pierwsze 3 miesiące, wszyscy byliśmy w zupełnym szoku”, mówi pan Kazimierz. A wszystko szło ku gorszemu. Od czerwca 1940 i przez pierwsze 6 miesięcy 1941 roku SS-mani bili więźniów pałkami aż do śmierci – był to najprostszy sposób radzenia sobie z przeludnieniem w obozie.
Dzisiaj straszliwy głód, niewyobrażalna brutalność i przymusowa praca fizyczna, czyli całe piekło obozu koncentracyjnego zostały dobrze udokumentowane. Jednak szczegóły ze wspomnień Piechowskiego wciąż mogą wstrząsać. Każdy więzień miał łyżkę i cynową miskę, z której nie tylko jadł i pił, lecz również oddawał do niej mocz. „Jeśli zgubiłeś łyżkę, jadłeś prosto z miski jak pies”, mówi cicho. „Jeśli zgubiłeś miskę, nie jadłeś”.
Czasami strażnicy zabijali tylko po to, by dostać urlop. „Gdy SS-man się nudził, ściągał czapkę więźnia i rzucał ją. Następnie rozkazywał, by ją przyniósł. Kiedy osadzony zaczynał biec, oficer strzelał do niego i ranił śmiertelnie. Później mówił, że udaremnił próbę ucieczki. Za to dostawał 3 dni wolnego.”
Jak ludzie radzili sobie? „Niektórzy modlili się, ale niektórzy – nawet spośród niegdyś wierzących – twierdzili, że nie może być Boga, skoro Auschwitz istnieje.”Przez 6 tygodni Piechowski grzebał ciała straconych w egzekucjach. „Ściana śmierci znajdowała się między blokiem 10. a 11. Ustawiali więźniów w linii i strzelali im w tył głowy.” Na koniec piętrzył się stos nagich trupów, które Piechowski wraz z innym wyznaczonym do tego więźniem rzucali na wózki. Następnie transportowano je do krematorium. „Czasami było ich 20, czasami 100, czasami więcej. Mężczyzn, kobiet i dzieci.” Patrzy na mnie przejmująco. „I dzieci”, powtarza.
Jednak nie myślał o ucieczce dopóty, dopóki na liście śmierci nie znalazło się nazwisko przyjaciela. Jak wielu innych harcerzy przyłączył się do obozowego ruchu oporu. Skauci w większości mówili dobrze po niemiecku, pełnili nieraz nawet znaczące funkcje (np. w szeregach obozowej policji) i mieli dostęp do akt uwięzionych. Pewnego dnia ukraiński przyjaciel Kazimierza – Eugeniusz Bendera, utalentowany mechanik, który pracował w obozie przyszedł do niego. „Ci, którzy mieli wgląd w jego akta, powiedzieli mu, że ma być stracony. Byłem zdruzgotany”, mówi Piechowski. Tak zrodziła się myśl o ucieczce.
„Stwierdził, że może zorganizować samochód, ale samo auto to za mało.” Mężczyźni byli osadzeni w macierzystym obozie Auschwitz I, gdzie ogrodzenie stanowił zelektryfikowany drut kolczasty, a strażnicy stali co kilka metrów. Dlatego ucieczka była możliwa tylko przez główną bramę oznaczoną słynnym napisem „Arbeit macht frei” (Praca czyni wolnym). Pokonać należało też zewnętrzny obwód kompleksu.
Zadanie było trudne, ale Piechowski nie mógł odmówić prośbom przyjaciela. „Gdy wyobrażałem sobie Gienka [Benderę] stojącego pod ścianą śmierci i zabijanego, zaczynałem kombinować.” Pomocnym okazał się fakt, że Kazik pracował właśnie w magazynie, gdzie przechowywano mundury i amunicję strażników. Powoli pomysł nabierał kształtów. To, co powstrzymywało przed jego realizacją, to ewentualne konsekwencje dla innych więźniów.  „Niegdyś po przybyciu nowego transportu zastępca komendanta powiedział: «Jeśli kiedykolwiek komuś przyjdzie do głowy coś tak głupiego, jak ucieczka, niech wie, że za każdego, który opuści obręb obozu pozbawimy życia dziesięciu z jego bloku lub grupy roboczej.» Te słowa były jak kubeł zimnej wody.”
Zatem, aby naziści nie pociągnęli do odpowiedzialności ich kolegów Piechowski i Bendera utworzyli fikcyjną grupę, w której skład weszli harcerz Stanisław Gustaw Jaster oraz ksiądz Józef Lempart.
20 czerwca 1942 roku – dokładnie 2 lata odkąd Gienek przekroczył bramę obozu – konspiratorzy spotkali się na poddaszu jednego z nieukończonych bloków, aby po raz ostatni omówić plan ucieczki.To była sobota, wtedy praca ustawała w południe, a w magazynach i garażach nie było nikogo. Zanim przystąpili do akcji modlili się za swoje rodziny. Ustalili też, że jeśli próba nie powiedzie się zastrzelą się. „To co naprawdę utwierdzało nas w postanowieniu i pchało do realizacji, to fakt, że jeśli nic nie zrobimy, Gienek zginie. Do ostatniej chwili mieliśmy wątpliwości, ale mówiliśmy sobie: musimy to zrobić, musimy wierzyć.”
Z wózkiem zawierającym kuchenne odpady czwórka zaczęła podążać w kierunku bramy ze znanym napisem. Tutaj Piechowski, modląc się o to, by ich nie sprawdzono, powiedział strażnikowi, że są częścią grupy, która wywozi śmieci. Szczęście dopisało i wydostali się poza obręb głównej części obozu. Teraz mogli zmierzać do magazynów. Jak się czuli? „Nie myślałem o niczym”, mówi pan Kazimierz. „Chciałem po prostu przejść ten ostatni sprawdzian. Od tej pory potrzebowaliśmy nie tylko odwagi, ale też bystrości umysłu.”
Trzech z nich tylnymi drzwiami, które tego dnia podczas pracy Piechowski zostawił niezamknięte, wdarło się na drugie piętro magazynu i przebrało w niemieckie mundury. Tymczasem Bendera dzięki podrobionemu kluczowi przedostał się do garażu i wykradł samochód. Wybrał Steyr 220, najszybsze auto w Auschwitz do wyłącznej dyspozycji komendanta. „Musiał być szybki, by zdołał dotrzeć do Berlina w ciągu kilku godzin. Wzięliśmy go, gdyż w razie pościgu dawałby nam szansę ucieczki.”Przejechali przez główną bramę, gdzie SS-man zasalutował im i pozdrowił słowami „Heil Hitler!” Ale najważniejszy test Piechowskiego miał się dopiero odbyć. „Przed nami był jeszcze jeden problem. Nie wiedzieliśmy, czy kiedy dotrzemy do ostatniego posterunku, uda nam się go minąć. Założyliśmy, że zagram rolę niemieckiego oficera tak przekonująco, że strażnicy mi uwierzą.”
Niestety gdy dotarli do zapory, strażnik nawet nie drgnął. Piechowski opisując zdarzenie patrzy w dal, jakby wciąż widział przed sobą tę ostatnią przeszkodę.  „Zbliżamy się do szlabanu, a on wciąż jest zamknięty… Jeszcze 80 metrów i nic, dalej spuszczony… 60 metrów – to samo. Patrzę na twarz mojego przyjaciela Gienka, ma pot na czole, jest blady i zdenerwowany. Mamy 20 metrów przed sobą , a przejazd wciąż jest zamknięty.” Bendera zatrzymuje samochód, a Piechowski patrzy tępo przed siebie, nie wiedząc co robić. Wtem czuje uderzenie w ramię. To Lempart szepcze mu do ucha: „Kazik, zrób coś.”
„To był najbardziej dramatyczny moment. Zacząłem krzyczeć.” SS-mani posłuchali i przed mężczyznami otworzyła się droga do wolności. Czwórka znalazła się w gronie zaledwie 144 osób, którym udało się uciec z obozu w Oświęcimiu.
Naziści byli wściekli. Piechowski relacjonuje: „Kiedy w Berlinie komendant usłyszał, że zbiegli czterej więźniowie zapytał: «Jak do diabła zdołali uciec w moim własnym samochodzie, w naszych mundurach i z naszą amunicją?» Nie mogli uwierzyć, że ludzie, których nie podejrzewali o krztę inteligencji, tak ich wyrolowali.”Trzymając się z dala od głównych dróg, by uniknąć pochwycenia, jechali leśnymi drogami przez dwie godziny. Kierowali się w stronę Wadowic, gdzie zostawili samochód i dalej podążali pieszo. Spali w lesie zmieniając się co jakiś czas na czaty. Lempart rozchorował się, więc został na parafii u pewnego proboszcza, Jaster wrócił do Warszawy, a Piechowski i Bendera jakiś czas spędzili na Ukrainie. Później pan Kazimierz wrócił do Polski, wstąpił do AK i do końca wojny walczył z nazistami.
W rewanżu za ucieczkę zatrzymano rodziców Jastera, a następnie wysłano ich do Auschwitz, gdzie zginęli. Konsekwencje wyciągnięto też w stosunku do obozowych współwięźniów czwórki. „Miesiąc po naszej ucieczce, wyszło rozporządzenie, by tatuować wszystkich więźniów [ich numerem obozowym]. Naziści wiedzieli, że włosy uciekinierów odrosną, a partyzanci wyrobią im nowe papiery. Ale ludzie widząc ich numer, będą wiedzieli, że są z Auschwitz. W żadnym innym obozie nie stosowano takiego znakowania – to nasza ucieczka przyczyniła się do tego.”
Piechowski do dziś wspomina pobyt w obozie jako koszmar. Nigdy ich nie złapano, ale jego problemy nie skończyły się. W 1947 roku polskie władze komunistyczne skazały go na 10 lat za jego akowską przeszłość. Odsiedział 7 lat. „Kiedy wreszcie wyszedłem z więzienia, miałem 33 lata, myślałem, że cała moja młodość minęła, że odebrano mi najlepsze lata życia.”
Później został inżynierem, a kiedy reżim upadł w 1989 roku, postanowił podróżować po świecie ze swoją żoną Igą. Napisał dwie książki o swoich doświadczeniach i stara się, by nie zapomniano o tym, co zdarzyło się w Auschwitz.Czy nie ma nic przeciwko ożywianiu jego straszliwej przeszłości? „Jestem harcerzem, muszę wypełnić swój obowiązek – być radosnym i pogodnym. Będę harcerzem do końca życia”, mówi prosto.

Źródło: Guardian