Tag: cichociemni

19 mar

Całym Życiem: Elżbieta Zawacka „Zo”

Elżbieta Zawadzka "Zo"
Elżbieta Zawacka „Zo”

Generał „ZO”. Jedyna kobieta wśród 316 cichociemnych…

Elżbieta Zawacka ka ps. „Zo” to postać absolutnie niezwykła i wyjątkowa w swoim rodzaju. Przełamywała bariery, na wielu polach przecierała kobietom szlaki, już za życia stała się legendą. A życie miała długie i barwne, choć oczywiście niezwykle trudne. Urodziła się 19 marca 1909 roku w polskiej rodzinie w Toruniu, który należał w tym czasie do zaboru pruskiego. Elżbieta Zawacka choć przez długi czas nie umiała się nawet po polsku przedstawić i policzyć do dziesięciu była zawsze Polką. Jej dziadek, Karol, gdy został zmobilizowany by walczyć w wojnie francusko-pruskiej, stawał niemal na głowie by jak najdłużej odwlekać wyjazd do Berlina. Zanim tam dotarł, wojna się skończyła. Jej najstarszy żyjący brat Alfons walczył w powstaniu wielkopolskim, a później został oficerem wojska polskiego. Słabe zrozumienie języka od najmłodszych la tnie przeszkadzało jej w jednoznacznym określeniu swojej narodowości. Elżbieta Zawadzka zmarła w swoim rodzinnym mieście 10 stycznia 2019 roku, dożywając niemal 100 lat (pochowana na Cmentarzu św. Jerzego w Toruniu).

Od wczesnej młodości wykazywała zainteresowanie wojskowością. Zamiast realizować je w typowy dla panienek tamtych czasów sposób, sama wolała założyć mundur i biegać po poligonie – już na studiach (również “męskich”, bo wybrała matematykę) związała się Organizacją Przysposobienia Kobiet do Obrony Kraju, a później, pracując jako nauczycielka, szkoliła młodsze koleżanki. Wykazała się chyba dużą intuicją i zrozumieniem czasów w których żyła, bo gdy we wrześniu 1939 nastąpił wybuch II Wojny Światowej, Ona jak mało która kobieta była gotowa do działania. Podczas kampanii wrześniowej brała udział w walkach w batalionie kobiecym w obronie Lwowa. Niedługo później, bo w październiku 1939 r. wstąpiła do konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polsce (późniejsze ZWZ-AK). Gdy trafiła do konspiracji, przyjęła swój pierwszy konspiracyjny pseudonim – „Zelma”. Początkowo działała na Górnym Śląsku, lecz wezwana do Warszawy dostała przydział do Wydziału Łączności Zagranicznej KG AK. Kursowała między Warszawą a Berlinem, przewożąc tajną pocztę. Spełnianie obowiązków kuriera wiązało się z ogromnym ryzykiem – nie chodziło jedynie o konieczność nielegalnego podróżowania i przekraczania granicy, ale również niebezpieczeństwo związane z tym, co mogłoby się stać w razie zdemaskowania i ujęcia przez Niemców. Kurierzy byli najlepiej poinformowanymi członkami państwa podziemnego, dlatego też byli głównymi celami okupanta, dzięki którym mogliby rozpracować dużą część podziemnej struktury. Zo miała pewną zaletę, która pozwoliła jej nieraz grać Niemcom na nosie – będąc niebieskooką blondynką mówiącą perfekcyjnie po niemiecku, podróżowała wagonami przeznaczonymi tylko dla Niemców. W ten sposób przekroczyła granicę III Rzeszy ponad 100 razy – za granicę wywoziła informacje, a wracała z walizkami pełnymi dolarów. Blond kamuflaż i nienaganny niemiecki nie zawsze jednak pomagały – któregoś razu „Zo” spostrzegła, że ma „na ogonie” kilku tajniaków, których mimo usilnych prób za nic nie mogła zgubić. Nie pomagało wskakiwanie na ostatnią chwilę do tramwaju ani zmiana odzieży w bramach. W tej sytuacji zdecydowała się na ostateczność – wsiadła do pociągu, a następnie wyskoczyła na trasie z pędzącej maszyny, gubiąc pościg. Poraniona dotarła do najbliższego miasta, którym okazał się Żyrardów. Gdzieś w okolicy obecnego Stawu Świętego Jana udało jej się zmyć z siebie ślady krwi, a następnie dobić targu z napotkaną wiejską babą, która zmierzała na żyrardowski targ. Za pierścionek zdjęty z palca odkupiła wiejską chustę na głowę, oraz stare znoszone ubrania… które jako przebranie pomogły jej w dotarciu do Warszawy.

W lutym 1943 r. odbyła trasę z Warszawy do Londynu (przez Niemcy, Francję, Hiszpanię i Gibraltar). Tam jako jedyna z 15 kobiet pomyślnie przeszła trening “cichociemnych” i zdecydowała się na skok ze spadochronem, co było dużym szokiem dla ćwiczących z Nią panów. Z Londynu powróciła w nocy z 9 na 10 września 1943 zrzucona ze spadochronem w ramach akcji „Neon 4″ na placówkę „Solnica” w okolicy majątku Osowiec – obecnie Adamów Wieś koło Grodziska Mazowieckiego. Słynny Jan Nowak-Jeziorański mówił o Niej tak: „Nawet w konspiracji, gdzie panuje anonimowość, „Zo” stała się postacią legendarną. (…) straciła rodzinę. Uchodziła za człowieka ostrego i wymagającego od innych, ale najbardziej od samej siebie. Jej oddanie służbie graniczyło z fanatyzmem. (…) Średniego wzrostu, blondynka o niebieskich oczach miała w sobie coś męskiego. Była surowa, poważna, trochę szorstka i bardzo rzeczowa. W czasie rozmowy ani razu nie uśmiechnęła się, nie padło ani jedno słowo natury bardziej osobistej, nic co nie wiązało się ze służbowym tematem. „Zo” nie miała na to czasu. Dopiero na pożegnanie poczułem ciepły, mocny uścisk dłoni i usłyszałem lekkie westchnienie: Daj Boże, żebyście dotarli.” W marcu 1944, gdy „Zo” zagroziło aresztowanie, wycofano ją z działalności kurierskiej i przeniesiono do służby w dowództwie Wojskowej Służby Kobiet (WSK). Działając w WSK, brała udział w Powstaniu Warszawskim, a po kapitulacji przedostała się do Krakowa, gdzie odbudowywała zerwaną łączność ze Sztabem Naczelnego Wodza.

Zdemobilizowana w lutym 1945 dalej pracowała w konspiracji: najpierw w Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj, następnie w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość. Z działalności antykomunistycznej zrezygnowała w 1946, podejmując pracę w Państwowym Urzędzie Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego przy Ministerstwie Obrony Narodowej, z której – ze względów politycznych – musiała zrezygnować w 1948. Po wojnie próbowała wrócić do pracy w oświacie, jednak jak wielu innych żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego została aresztowana przez UB, które zafundowało jej „atrakcje” w postaci przymusowego siedzenia na nodze od stołka. Na podstawie fałszywych oskarżeń (szpiegostwo) skazano ją na 10 lat więzienia, ale w 1955 objęła ją amnestia. Wróciła do pracy w szkolnictwie, ucząc w szkołach w Sierpcu i Toruniu, nie zaniedbując jednak samodzielnej nauki. W 1965 na UMK w Toruniu obroniła doktorat (promotor: prof. Ludwik Bandura) i podjęła pracę na stanowisku adiunkta Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku (od 1972 Uniwersytet Gdański). W 1973 w Wykowie (obecnie: Uniwersytet Pedagogiczny) uzyskała tytuł doktora habilitowanego. Nie mając szans na utworzenie własnego zakładu andragogiki w Gdańsku (o czym marzyła), w 1975 przyjęła propozycję UMK stworzenia nowo powstającym Instytucie Pedagogiki i Psychologii. W 1976 wyjechała w celach naukowych do Londynu, po powrocie spotkały ją liczne szykany i represje tak ze strony SB, jak i władz Instytutu, w którym pracowała. Przeszłą dwa zawały serca oraz długą rekonwalescencję, a w 1978 została zmuszona do odejścia na emeryturę. Jeszcze w latach sześćdziesiątych Elżbieta Zawacka zajęła się gromadzeniem materiałów historycznych, dokumentujących działalność Armii Krajowej w czasie wojny (w szczególności kobiet) i do samej śmierci w 2009 roku nad tym pracowała.

Jak światłym była człowiekiem, niech świadczy fakt, że będąc już w bardzo zaawansowanym wieku ukończyła kurs obsługi komputera, aby usprawnić swoją pracę i iść z duchem czasu. Bardzo denerwowały ją inne kombatantki niepotrafiące obsługiwać komputerów i internetu, bo bardzo utrudniało jej to pracę. 3 maja 2006 na wniosek warszawskich środowisk kombatanckich Prezydent RP Lech Kaczyński awansował ją do stopnia generała brygady. Została wówczas drugą po Marii Wittek kobietą generałem w historii Wojska Polskiego. Profesor Elżbieta Zawacka została dwukrotnie odznaczona Orderem Wojennym Virtuti Militari V klasy i pięciokrotnie Krzyżem Walecznych, w 1995 prezydent Lech Wałęsa odznaczył ją Orderem Orła Białego. W 2002 otrzymała Nagrodę „Kustosz Pamięci Narodowej” z rąk Prezesa IPN prof. Leona Kieresa.

02 lut

Cykl Całym Życiem: Alfred Paczkowski „Wania”

Ankieta Cichociemnego -  77 Mazowiecka Drużyna HarcerskaAlfred Paczkowski był chyba jednym z pierwszych cichociemnych, którego historie przyszło mi poznać.  To od jego osoby rozpoczęła się moja fascynacja II Wojną Światową, a w szczególności cichociemnymi, czyli żołnierzami Polskich Sił Zbrojnych, którzy byli zrzucani na spadochronach do okupowanej Polski. Podczas jednego z pierwszych obozów 77 Mazowieckiej Drużyny Harcerskiej nad Jeziorem Sośno koło Zbiczna (był to rok chyba 1998 lub 1999) Wodzu przygotował dla nas cykl gawęd poświęconych cichociemnym. Pierwsza gawęda była oczywiście wstępem i w całości została poświęcona wyjaśnieniu kim tak naprawdę byli cichociemni. Kolejne ognisko na tym obozie zostało już poświęcone konkretnej osobie… jednemu z pierwszych który zdecydował się na skok do okupowanej Polski, czyli Alfredowi Paczkowskiemu pseudonim „Wania”. Po powrocie z obozu do domu, Wodzu zarzucił mnie stertą książek, które połykałem w tempie ekspresowym. na pierwszy ogień poszła książka: „Cichociemni. Z Polski do Polski” , jako druga wpadła w moje ręce „Ankieta Cichociemnego” czyli wojenne losy Alfreda Paczkowskiego „Wani”. Po jej przeczytaniu dochodzę do wniosku, że jest to gotowy scenariusz na wspaniały film sensacyjno/wojenny, przy którym „Rambo” , „Szeregowiec Rayan” czy inne wytwory hollywoodzkiego kina to jakaś miernota.

Alfred Paczkowski - 77 Mazowiecka Drużyna Harcerska
Alfred Paczkowski – zdjęcie przedwojenne

Alfred Paczkowski ps. „Wania” urodził się 11 maja 1909 w Prużanach, można powiedzieć, że był chyba największym pechowcem wśród cichociemnych, a jednocześnie – największym szczęściarzem. Przed wojną ukończył Szkołę Podchorążych Sanitarnych w Warszawie, w latach 1938-1939 lekarz 9 Pułku Ułanów Małopolskich w Trembowli. We wrześniu 1939 walczył w szeregach Armii Poznań.

Po ukończeniu pełnego kursu cichociemnych, w nocy z 27 na 28 grudnia 1941 roku „Wania” został zrzucony do Polski. Operacja lotnicza nosiła kryptonim „Jacket” i była trzecią z kolei mającą na celu przerzut cichociemnych do okupowanej Polski. Razem z „Wanią” na pokład bombowca stojącego na podlondyńskim lotnisku weszli rotmistrz Marian Jurecki „Orawa”, kapitan Andrzej Świątkowski „Amurat”, major Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz” (jeden z twórców idei cichociemnych) oraz dwaj kurierzy Delegatury Rządu na Kraj – podporucznik Tadeusz Chciuk „Celt” i kapral Wiktor Strzelecki „Buka”. Samolot typu Halifax miał ich zrzucić między Sochaczewem a Bolimowem, niestety dowódca operacji porucznik nawigator Mariusz Wodzicki popełnił błąd nawigacyjny i zrzut nastąpił w odległości 15 kilometrów na północny – wschód od Sochaczewa w miejscowości Brzozów. Było to miejsce najgorsze z możliwych, bo znajdowało się na terenach włączonych do Rzeszy, zaledwie kilka kilometrów od granicy z Generalną Gubernią. W wyniku tego błędu skoczkowie nie wylądowali na bezpiecznej leśnej polanie, obstawionej, przez żołnierzy AK. Wprost przeciwnie, zostali zrzuceni w otwartym terenie, który ze względu na bliskość granicy był silnie obsadzony przez Niemców i regularnie patrolowany. Lądowanie na terenach Rzeszy zmuszało do przebijania się przez granicę, co było praktycznie było niewykonalne ze względu na bardzo liczne patrole pograniczników. Wkrótce po wylądowaniu skoczkowie natykają się na taki patrol, „Amurat” i „Orawa” otoczeni przez Niemców bronią się do ostatniego naboju, niestety są bez szans i giną w walce.  „Kotwicz”, „Wania”, „Buka” i „Celt” zostali aresztowani przez inny patrol i doprowadzeni na niemiecki posterunek. Strażnicy, którzy ich złapali popełniają błąd który będzie ich kosztować życie… zwyczajnie zapomnieli skoczków zrewidować. Kiedy w wartowni jeden ze strażników podszedł do „Wani” ten bez namysłu uderzył go dłonią w szyję, wyszarpnął swój ukryty pistolet i dwukrotnie wypalił niemal przystawiając Niemcowi lufę do piersi. „Kotwicz” również nie próżnował. Ze swojego pistoletu położył trupem dwóch Niemców. Wartownik przed posterunkiem spanikował, rzucił karabin na ziemię i zaczął uciekać. „Wania” wziął broń do ręki, starannie wycelował i nacisnął spust, ten strzał też był celny. W końcu cała czwórka dociera do Warszawy, aby tu przejść kurs przystosowania do życia w okupowanym kraju.

Jan Piwnik "Ponury" - 77 mazowiecka Drużyna Harcerska
Jan Piwnik „Ponury” – Dowódca szturmu na więzienie w Pińsku.

Po jego zakończeniu „Wania” zostaje wyznaczony dowódcą jednego z odcinków organizacji zbrojnej „Wachlarz”, której zadaniem jest wspieranie partyzantki na terenach na wschód od Warszawy oraz sabotaż niemieckich szlaków komunikacyjnych na front wschodni. Założenia organizacji „Wachlarz” są ambitne, niestety na terenach praktycznie wytrzebionych z ludności polskiej skrajnie nierealne. Do pracy na pięciu odcinkach Wachlarza zostaje skierowanych ponad dwudziestu cichociemnych, którzy mimo świetnego wyszkolenia ponoszą dotkliwe straty. Gestapo nie próżnuje i działalność trzech (z pięciu) odcinków kończy się spektakularną katastrofą i ciężkimi ofiarami. Pod koniec 1942 roku, w czasie jednej z operacji sabotażowych w okolicach Pińska jednocześnie zostaje aresztowanych trzech cichociemnych „Azor” , „Bocian” oraz „Wania”. Na domiar złego „Bocian” ginie niestety w trakcie przesłuchań, zaś „Wania'” i „Azor” zostają poddani brutalnym przesłuchaniom w pińskim więzieniu. Więzienie w Pińsku „Wania” i „Azor” opuszczają w sposób, który do dnia dzisiejszego jest opisywany w podręcznikach dywersji dla oddziałów specjalnych na całym świecie. Z odsieczą przychodzi im specjalnie przygotowany oddział uderzeniowy pod dowództwem cichociemnego Jana Piwnika „Ponurego”. W brawurowy sposób, korzystając ze sprytnych forteli „Ponury” zdobywa więzienie, wyswobadzając tym samym swoich przyjaciół. Akcja zostaje przeprowadzona wzorowo, bez strat własnych, właściwie na oczach całego niemieckiego garnizonu stacjonującego w Pińsku.

Alfred Paczkowski - 77 Mazowiecka Drużyna Harcerska
Alfred Paczkowski – pierwszy od prawej

Po tej niemiłej przygodzie Wania zostaje przemycony do Warszawy, gdzie czeka go leczenie i rehabilitacja złamanej nogi. Po zakończeniu leczenia dostaje nowy przydział, którym jest stanowisko szefa Kedywu Obszaru Białystok, a później dowódcy 84 pułku piechoty w ramach 30 Dywizji Piechoty AK.  30 czerwca 1944 r. pod Mańczakami na Podlasiu stacza potyczkę z regularnymi oddziałami wroga.  Swój oddział prowadzi do ataku przez łany zboża starają się strzelać krótkimi seriami, tak jak został nauczony w czasie szkoleń cichociemnych na Wyspach Brytyjskich. W czasie tej potyczki zostaje ciężko ranny, co skutkuje odesłaniem do Warszawy, gdzie zdążył wykurować się do wybuchu Powstania Warszawskiego. W czasie Powstania – jako ranny – w walkach praktycznie nie uczestniczy. 16 września dowództwo wyznacza go do „nawiązania łączności z Armią Radziecką”. Dwa dni później, w nocy, wsiada do mocno przeciekającej łódki i z kilkoma osobami przeprawia się na drugi brzeg Wisły. Właściwie po wyjściu z łódki zostaje aresztowany, a powrót do kraju zajmie mu blisko 4 lata.

Doktor cichociemny kpt. Alfred Paczkowski w czasie wojny zajęty całkowicie walką o niepodległość, nie wykonał żadnego zabiegu, prawie zapominając o swoim wyuczonym zawodzie. Za to po zakończeniu wojny zajął się leczeniem chorych, pracując jako lekarz w Warszawie, Górze Kalwarii i ordynator oddziału internistycznego w Żyrardowie. Jednocześnie był inwigilowany przez Urząd Bezpieczeństwa, jak większość AK-owców i weteranów Sił Zbrojnych na Zachodzie. Prawdopodobnie z tego powodu po niedługim czasie stracił stanowisko ordynatora. Za wojenne zasługi odznaczony został m.in. Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari i dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Zmarł w 1986 roku.