Jaki Hajdi jest każdy widzi… odwagi z nutką szaleństwa nie można mu odmówić 😉 Kiedy pojawiła się okazja wzięcia udziału w kursie spadochronowym, swoją chęć wyraziło kilku harcerzy naszej drużyny… ale tylko Hajdiemu starczyło odwagi żeby taki kurs rozpocząć a co najważniejsze go ukończyć.
Kurs AFF odbył się na terenie lotniska Częstochowa – Rudniki, szkolenie zorganizowało Stowarzyszenie „Sięgnąć za horyzont” oraz harcerze z Chorągwi Białostockiej. Kursanci pierwszej tury wykonywali skoki z wysokości 4000m.n.p.m z samolotu Cessna 182. Po zaliczeniu szkolenia naziemnego skoczkowie wykonali minimum siedem skoków, w tym jeden samodzielny. Każdy ze skoków stanowił kolejny etap szkolenia i podlegał zaliczeniu kolejnych zadań w czasie skoku (przemieszczenie się, obroty, salta, postępowanie po otworzeniu spadochronu itp.) Wysoki poziom szkolenia zapewniła profesjonalna kadra instruktorska, która bardzo zaangażowała się w rozwój i bezpieczeństwo adeptów swobodnego spadania Po kilku dniach pełnych wrażeń i nowych spadochronowych doświadczeń cała grupa powróciła do domów. Zanim to jednak się stało, ustalono termin kolejnego spotkania pod błękitnym niebem.
Cóż takiego o całym szkoleniu mówi sam Hajdi ? Ano… okazuje się, że skoki spadochronowe, były jego wielkim życiowym marzeniem. Kiedy Wodzu w czasie gawęd opowiadał o losach Cichociemnych, Hajdiego zawsze zastanawiało jakie to emocje targają człowiekiem, kiedy trzeba wyskoczyć z samolotu w bezkresną czeluść. Oczywiście takie skoki mają niewiele wspólnego z tym co robili Cichociemni, bo Hajdi nie przeszedł rocznej zaprawy fizycznej, nie skakał nocą i do okupowanego kraju… mimo to taki kurs wystarczy aby namacalnie poznać i poczuć główny element cichociemnego rzemiosła.
Ps. Historia Cichociemnych to niewątpliwie temat na długi, oddzielny artykuł, tym czasem warto sobie zerknąć na filmik ze skokami Hajdiego. To w sumie tylko film, ale wysokoadrenalinowe doznania gwarantowane!
W tym roku po raz pierwszy od wielu lat 77MDH wybrała się na obóz wędrowny. Mimo dość negatywnego nastawienia kilku osób i braku chętnych z zastępu I Lisy, udało nam się zebrać dziewiętnastoosobowy oddział, który wyruszył na podbój Bieszczad i Beskidu Niskiego. Nasza podróż rozpoczęła się pod szkołą Nr 4 o godzinie 21:00, 12 sierpnia. Do miejsca startu pieszej wędrówki, miejscowości zwanej Cisną, dojechaliśmy naszymi stalowymi rumakami około 7:00.
DZIEŃ PIERWSZY:
Obóz Wędrowny 77MDH - opuszczona osada Kołonice
Po krótkiej odprawie ruszyliśmy w kierunku pobliskiego sklepu i… padliśmy bezsilni na glebę. Okazało się bowiem, że mimo wielkich chęci, nie byliśmy wystarczająco gotowi na taką wyprawę. Jednakże po chwili przerwy i krótkich zakupach ruszyliśmy w stronę naszej pierwszej przeszkody – Honu(820 m n.p.m.). Okazał się wielkim wyzwaniem dla większości z nas i na jego szczycie widok zalanych potem twarzy oraz donośny dźwięk uderzeń serc nie był zaskoczeniem. Niestety przed nami były jeszcze większe górki – Osina(963 m n.p.m.), Berest(942 m n.p.m.), Sasów(1010 m n.p.m.) i Wołosań(1071 m n.p.m.). Pod tego ostatniego podchodziliśmy jakieś pięć razy, bowiem ze zmęczenia nie byliśmy w stanie określić gdzie dokładnie jesteśmy i każda następna góra stawała się Wołosaniem 🙂 Po kilku godzinach marszu dotarliśmy na powyższy szczyt, zrobiliśmy krótką przerwę i ruszyliśmy dalej, na szczęście w dół. W okolicach Kołonic napotkaliśmy deszcz, który zmusił nas do przerwania podróży i rozbicia obozu.
DZIEŃ DRUGI:
Obóz Wędrowny 77MDH - Baza Studencka Rabe
Następnego dnia zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy dalej. Tym razem w kierunku bazy studenckiej „Rabe”. Droga do niej, po trudnach dnia poprzedniego, okazała się dość łatwa. Zwłaszcza, że większą część trasy pokonaliśmy drogą żwirową, w dodatku bez podejść i karkołomnych zejść. Mniej więcej w połowie trasy, Chmura zarządził kąpiel w małym strumyku, spływającym dnem żlebu. Odświeżeni ruszyliliśmy do „Rabe” z uśmiechem i śpiewem na ustach. Rabe to kolejna osada opuszczona w 1945 roku, w której aktualnie prócz studentów, piechurów i włóczęgów nikt właściwie nie bywa. Na miejscu okazało się, że trwa tam całodobowy melanż (ach Ci studenci), ale nie zważając na to zaczęliśmy rozkładać namioty. Udało nam się nawet uniknąć zapłacy za pobyt, gdyż pomogliśmy w rozbiciu sporego namiotu.
DZIEŃ TRZECI:
Obóz Wędrowny 77MDH - Śniadanie nad Osławą w Duszatynie
Teraz celem naszego marszu stało się pole namiotowe w Duszatynie. Na drodze stała nam góra Chryszczata, pod którą podejście okazało się ciężkie(zwłaszcza pierwszy jego odcinek, ostre podejście jakieś 200-300 metrów). Mimo to sprawnie sobie z nim poradziliśmy. Podczas odpoczynku, podzieliliśmy się czekoladą, której zapach okazał się tak przyjemny, że kilka osób dopiero o usłyszeniu komendy „Kulbaczyć!” rozpoczęło jej konsumpcję. Po przejściu przez górę i dotarciu do Jeziorek Duszatyńskich, rozłożyliśmy karimaty i chwilkę poleżakowaliśmy. Po tej miłej przerwie, ruszyliśmy i już bezproblemowo dotarliśmy do Duszatynia, gdzie do naszej wędrówki przyłączyli się Małysz i Plejboj. W pobliżu pola namiotowego płynie niemała rzeka zwana Osławą, więc korzystając z okazji wzięliśmy porządną kąpiel.
DZIEŃ CZWARTY:
Obóz Wędrowny 77MDH - Syta wizyta w pierogarni.
Rano obudził nas deszcz, który wywołał niewielką powódź w kilku namiotach z powodu ich złego rozstawienia. Na szczęście pogoda szybko się uspokoiła. Pozwoliliśmy sobie na dzień przerwy w podróży. Poprawiliśmy namioty, następnie bez plecaków i jedynie z zamiarem wydania paru groszy, ruszyliśmy do miejscowości Komańcza. Poranny deszcz spowodował, że szlak którym podążaliśmy zamienił się w błotne piekło, przez które ciężko było się przedrzeć. Oczywiście udało nam się to i rozpoczęliśmy wielkie zakupy, trwające całe dwie godziny. Po wydaniu fortuny udaliśmy się w stronę obozu. Po drodze zatrzymaliśmy się w pierogarni, w której ledwo poradziliśmy sobie z ilością pierogów jaką nam podano. Po obiedzie pograliśmy trochę w piłkę i wróciliśmy do naszych namiotów. Dzień zakończyliśmy ogniskiem na kamienistej plaży przy Osławie. Było to chyba pierwsze ognisko, którego 77MDH się bała, bowiem rozżarzone kamienie wybuchały, a odłamki niespodziewanie rzucały się w naszą stronę. Jednakże wystarczyło kilka piosenek, by je uspokoić.
DZIEŃ PIĄTY:
Obóz Wędrowny 77MDH - Kanon stara się ustalić gdzie my do cholery jesteśmy...
W tym dniu każdy z zastępów miał szansę, by się wykazać, bowiem ruszaliśmy osobono w stronę schroniska „Na krańcu świata” w Łupkowie. Mieliśmy do przejścia jakieś 20km drogami polnymi i asfaltem. Istniały oczywiście inne, nieco bardziej malownicze szlaki, jednakże widok czekającej na nas nagrody przyćmił nasze umysły i wędrówka zamieniła się w wyścig szczurów. Jedynie zastęp Mamutów wybrał drogę krajobrazową, która wyssała z nich resztki sił i nauczyła, aby nie korzystać ze skrótów. Na jednym ze skrótów zaatakowała ich nieprzebyta dżungla i inne atrakcje. Jak hardkorowym terenem poszli, niech świadczy fakt, że przejście 400m dżungli zajęło im 1,5h Po zakończeniu wyścigu, którego tabela wyników wygląda następująco: Zastęp IV, Zastęp III, Zastęp V, Zastęp LXXVII, udaliśmy się na obiad do Nowego Łupkowa. Potem wróciliśmy, rozbiliśmy namioty, ognicho i w kimono.
DZIEŃ SZÓSTY:
Obóz Wędrowny 77MDH - Odpoczynek na Przełęczy Radoszyckiej
Wstaliśmy, zebraliśmy sprzęt, powitaliśmy niedawno przybyłego Pączka i ruszyliśmy do pola namiotowego w Jasieli. Mimo, iż droga była dość prosta, a trudnych podejść nie było zbyt wiele, słońce okazało się mordercze, a podmokłe, leśne tereny, zmęczyły nas bardziej niż wszystkie poprzednie dni razem wzięte. Przyznać trzeba że warunki do marszu były fatalne…rozmiękła glina było zdradziecko śliska, oklejała buty i utrudniała stawianie kroków z ciężkim plecakiem. Zwłaszcza, że w pewnym momencie zgubiliśmy szlak (Panowie Leśnicy wycięli) i musieliśmy przebijać się przez chaszcze. Po wejściu na tzw. Średni Garb padliśmy bezsilnie. Niewielki zwiad wspomagany GPS’em, w którego skład wchodził Hagi, Stegien, Żółwik, Popek i Zochan udał się na poszukiwanie wody. Po odnalezieniu niewielkiego strumyka zapadła decyzja, że swój obóz rozbijemy właśnie tutaj. Rozbiliśmy namioty, przygotowaliśmy pyszną grochówkę, usmażyliśmy kiłbachę i zakończyliśmy ten ciężki dzień. Całkiem przypadkowo trafił się nam jeden z najbardziej malowniczych noclegów na całej trasie obozu.
DZIEŃ SIÓDMY:
Obóz Wędrowny 77MDH - Operacja lodzik pełnomleczny
Wraz z nastaniem dnia postanowiliśmy trochę zmienić nasze plany. Zadecydowaliśmy, że zrezygnujemy z dokończenia etapu Łupków – Jasiel (dzień szósty), w zamian zaś pomaszerujemy do Chałupy Elektryków na Polanach Surowicznych. Prosty szlak pozwolił na spokojny spacerek, a po drodze na zakupy (w miarę możliwości zaopatrzeniowych sklepu) w miejscowości Moszczaniec. Tam też uraczyliśmy się lodami z ciężarówki Family-Frost, której widok wielu z nas przypomniał dzieciństwo, bowiem od dawna nie kursuje ona w Żyrardowie. Po przerwie ruszyliśmy dalej, a po dotarciu co chałupy udaliśmy się na kąpiel. Niewielu z nas spodziewało się miejsca, gdzie woda sięga niemal do szyi w rzece, w której większość wody sięga kostek. Dzień zakończyliśmy drugim już ogniskiem na kamienistej plaży. Tym razem jednak ogień okazał się łaskawy i wirujących odłamków nie uświadczyliśmy. Ilość wolnych miejsc noclegowych w Chałupie sprawił, że nasze namioty pozostały nadal zwinięte, a my mogliśmy się wyciągnąć na wygodnych pryczach.
DZIEŃ ÓSMY:
Obóz Wędrowny 77MDH - Strażak przed Chałupą Elektryków
Dzień zwiadu. Zastępy III, IV i V dostały różne zadania dotyczące miejscowości Jaśliska. Okazała się ona urokliwym miejscem, a zwłaszcza jej mieszkańcy. Przewodnik, dla którego zapłatą były dwa złote na browara, nie lubiący młodzieży Wikariusz, nic nie wiedząca zakonnica, czy znienawidzony przez innych mieszkańców pan Lawrence, na pewno pozostaną długo w naszej pamięci. Podobnie jak pyszna pizza w barze u Stacha. Wyniki naszego zwiadu zaprezentowaliśmy na ognisku, które odbyło się w starej dzwonnicy, niedaleko cmentarza. Podczas przygotowywania ogniska posypały się oczywiście przeróżne historie o duchach, których, niestety, Żmijas nie mógł wytrzymać 😀 W tym klimatycznym miejscu zakończyliśmy ostatni dzień wędrówki.
DZIEŃ DZIEWIĄTY:
Obóz Wędrowny 77MDH - Praca w zamian za nocleg...
Spakowaliśmy się, pomogliśmy trochę w chacie(narąbaliśmy drewno, pozmywaliśmy gary), porobiliśmy ostatnie już zdjęcia i ruszyliśmy do samochodów. W połowie trasy zatrzymaliśmy się w karczmie „Jorgula”, gdzie po raz kolejny uraczyliśmy się pierogami, lecz tym razem zjedliśmy wszystkie bezproblemowo. Po obiedzie, udaliśmy się w dalszą drogę. W Żyrardowie byliśmy koło godziny 19:00.
Podsumowanie:
Tegoroczny obóz okazał się dla nas miłą odmianą i ciekawą przygodą. Mam nadzieję, że wielu z nas będzie go długo rozpamiętywać. Zwłaszcza, że przezwyciężaliśmy trudności ku chwale i z imieniem Wodza na ustach…
Nasza galeria zdjęć archiwalnych wzbogaciła się o kolejne blisko 50 fotek 🙂 Wielkie dzięki dla Gołej, która udostępniła nam ze swoich zbiorów zdjęcia z lat 1993 – 1995. Na zdjęciach co ciekawe widać prężnie działający Zastęp II którego Goła była zastępową… sporo też zdjęć przestawiających Muzyka, który wtedy czasowo zastępował Wodza. Poniżej kilka przykładowych zdjęć… jeżeli ktoś chce zobaczyć pozostałe zapraszam do obejrzenia galerii Zdjęcia Archiwalne 1990-1995 . Zdjęcia od Gołej są bez podpisów. Goła… Wielkie Dzięki 🙂
Super atrakcji ciąg dalszy 🙂 Zwykle tygodnie między zakończeniem roku szkolnego a obozem był czasem leniuchowania i odpoczynkiem od harcerzenia… w tym roku nie zwalniamy. Po RINO połączonym z biwakiem oraz Harcerskim Grand Prix tym razem zorganizowaliśmy sobie wypaśną PainBallową Bitwę. Poniżej film oraz zdjęcia, dzięki czemu można zobaczyć, że się nie nudziliśmy.